środa, 19 listopada 2014

Pingwiny są fajne!


Sherlock siedział na kanapie, pomiędzy swoimi rodzicami i oglądał telewizję. Jego mama właśnie skończyła czytać gazetę i odłożyła ją na parapet.
- Jak długo zamierzasz udawać martwego, Sherlock? - zapytała. 
-  Nie wiem - odpowiedział Sherlock nie odrywając wzroku od telewizora. 
- Wiesz, że kiedyś się wyda, że żyjesz, prawda? Nie możemy udawać, że jest inaczej w nieskończoność. Anglia bez ciebie upadnie - powiedziała pani Holmes. 
- Póki Mycroft jest brytyjskim rządem Anglia sobie poradzi - odpowiedział Sherlock i uśmiechnął się uspokajająco do matki. - Spokojnie, mamo ... Przez kilka tygodni będę się ukrywał w bezpiecznych miejscach, czyli tutaj i w domu Mycrofta, a potem zacznę rozpracowywać sieć Moriarty'ego. 
Nagle drzwi wejściowe się otworzyły i do domu wszedł Mycroft.
- Jak się trzyma John? - zapytał Sherlock.
- A jak myślisz? - zapytał Mycroft. - Jest załamany. Płakał przez cały pogrzeb. Pani Hudson też. Lestrade starał się być dzielny, ale w połowie pogrzebu się rozryczał jak dziecko. Ci ludzie cię naprawdę kochali, braciszku. Nie sądziłem, że to kiedykolwiek nastąpi. Tylko ja i Molly jakoś przetrwaliśmy bez uronienia ani jednej łzy. 
- Ciekawe dlaczego ... - powiedział Sherlock. 
- No właśnie nie wiem - odpowiedział sarkastycznie Mycroft.
- Przestańcie, chłopcy - upomniała ich matka. 
- Masz już jakiś konkretny plan, jak możesz wrócić do życia albo działać potajemnie? zapytał starszy z braci. - Czy będziesz ciągle siedział przed telewizorem i oglądał programy o pingwinach?
- Pingwiny są fajne! - odpowiedział Sherlock. - Niedługo zacznę działać, obiecuję. A na razie daj mi skończyć oglądać ten dokument o pingwinach. Załatw mi na jutro samochód, który podwiezie mnie na cmentarz. Chcę zobaczyć mój grób.
- Nie wiem, czy to jest dobry pomysł - do rozmowy wtrącił się pan Holmes. - Ktoś Cię może zobaczyć.
- No właśnie ... - poparła go żona. - To wszystko trzeba zaplanować. 
- Spokojnie, będę trzymał się z daleka i obserwował. Nie będę tam długo. Najwyżej pół godziny...
- Jesteś pewien? - zapytał pan Holmes.
- Tak.
- A co jeśli ktoś Cię zobaczy?
- Nie zobaczy, spokojnie. A jak zobaczy, to mu wmówię, że jestem duchem, potem go ogłuszę i zwieję.
- Ogłuszysz?! - krzyknęła pani Holmes. - Nie bądź taki drastyczny, synku!
*
Samochód zaparkował w lesie, dwieście metrów od cmentarza.
- Dzięki za podwózkę - powiedział Sherlock do szofera. - Czekaj tu na mnie.
Wysiadł z samochodu i zaczął iść w stronę cmentarza. Przez cały czas nasłuchiwał i raz na jakiś czas oglądał się za siebie. Nagle usłyszał dźwięk silnik, a potem kroki. Schował się za jedno z drzew i obserwował otoczenie. Po chwili zobaczył swój grób. To było dla niego bardzo dziwne uczucie. Koło jego grobu ktoś stał. Sherlock wychylił się zza drzewa, żeby zobaczyć kto to. Były to dwie osoby - John i pani Hudson. Rozmawiali. Sherlock schował się za innym drzewem, które było bliżej grobu i było większe i zaczął podsłuchiwać. 
- Te ślady na moim stole, hałasy, strzelanie z broni o wpół do drugiej nad ranem, probówki w lodówce... - powiedziała pani Hudson. -  On trzymał części ciała z jedzeniem! I te jego walki! Doprowadzał mnie do szału!
- Nie jestem aż tak wściekły - odpowiedział John.
- Zostawię Cię samego, żebyś ...
Pani Hudson rozpłakała się, a potem zostawiła Johna na cmentarzu samego... Albo raczej z Sherlockiem, ale John nie miał pojęcia o jego obecności, więc to się nie liczy.
John westchnął, obejrzał się za siebie na oddalającą się z cmentarza panią Hudson i zaczął swoją przemowę do grobu Sherlocka:
- Powiedziałeś mi kiedyś, że nie jesteś bohaterem. Czasami uważałem, że nie jesteś nawet człowiekiem.
Sherlock roześmiał się cicho, ale John tego nie usłyszał.
- Ale byłeś najlepszą, najbardziej ludzką istotą jaką znałem.
- Nie prawda, ale dzięki - powiedział Sherlock pod nosem.
- Nikt mnie nie przekona, że mnie nie okłamywałeś.
- Bo tego nie robiłem... - szepnął Sherlock.
- Tyle.
- Już idziesz? - zapytał cicho Sherlock, a w jego głosie John zapewne wyczułby zawód, gdyby tylko to dosłyszał.
Następnie John podszedł bliżej grobu Sherlocka.
- Byłem taki samotny i tyle ci zawdzięczam...
John odszedł od grobu i zaczął się przechadzać koło niego.
- Zrób dla mnie jeszcze jedną sztuczkę... Jeszcze jeden cud.
- Jaki?
- Przestań być  martwy. Możesz to dla mnie zrobić?
- Oki. 
- Przestań!
- No przecież żyję - powiedział pod nosem Sherlock i zaśmiał się cicho.
John zaczął płakać, a Sherlock natychmiast przestał się uśmiechać. Przez moment miał ochotę wyjść zza tego drzewa, podejść do Johna, powiedzieć mu, że żyje, pocieszyć go, zrobić cokolwiek, ale się powstrzymał. Nie mógł się zdradzić. Jeszcze nie teraz. John zrobił typowe wojskowe " w tył zwrot" i zaczął iść do pani Hudson, która czekała na niego kilkadziesiąt metrów dalej. 
- Przepraszam, John - powiedział Sherlock i poszedł do samochodu. 
*
Sherlock znowu siedział przed telewizorem tym razem w domu Mycrofta i znowu oglądał program dokumentalny o pingwinach. 
- Co tam? - zapytał Mycroft wchodząc do domu.
- Nuda! - krzyknął Sherlock. - Znajdź mi jakieś zajęcie, błagam cię. Mój mózg bez pracy gnije! Nudzi mi się! Bardzo mi się nudzi! Nuuuuuuuuuuuuuuuuuda!
- Mój telefon ciągle dzwoni, a Anthea jest chora. Możesz odbierać telefony w zastępstwie za nią. Tylko postaraj się mówić jak ja, żeby ludzie myśleli, że rozmawiają ze mną.
- No dobra - odpowiedział Sherlock. - Wolałbym rozwiązać jakąś sprawę, ale dobre i to. Muszę się oderwać od tych pingwinów. 
Mycroft podał Sherlockowi swój telefon, który jak na komendę zaczął dzwonić. 
Sherlock szybko go odebrał nie sprawdzając nawet kto dzwoni. 
- Halo - przywitał się, doskonale naśladując głos Mycrofta. 
- Hej .
Sherlock usłyszał głos Johna i go na moment zamurowało. Zaczął trochę panikować, bo bał się, że coś go zdradzi i John domyśli się, że nie rozmawia z Mycroftem, tylko z jego rzekomo martwym bratem. 
- Byłem już u mojej terapeutki, tak jak mi radziłeś... Ona jest do niczego... Nie wie o tym co się stało, bo nie ogląda telewizji, nie czyta gazet i nie słucha radia, o korzystaniu z internetu już  nawet nie wspominając, a ja nie miałem siły jej wszystkiego tłumaczyć... Co mam zrobić?
- Znajdę ci jakąś inną terapeutkę i do ciebie zadzwonię. Trzymaj się, John.
- Jak ty to robisz? - zapytał John.
- Co robię?
- Tak doskonale sobie radzisz i dobrze sobie radzisz... To jest ... To był twój brat...
- Szczerze? Kompletnie sobie nie radzę, ale zawsze przy ludziach ukrywam to, co czuję. Zawsze tak robię. Taki już jestem. 
- Jak ty to robisz?
- Rodzinna przypadłość. Sherlock też tak miał. Myślisz, że on nic nie czuł? Nie, on to po prostu ukrywał.
- Wiem. Kilka razy przy mnie okazał emocje... Strach, złość, smutek, radość, znudzenie... Tą ostatnią emocję okazywał najczęściej!
Sherlock uśmiechnął się na wspomnienie tego, jak kiedyś ścianie się oberwało za to, że on był znudzony. 
- Tamtego dnia płakał... Gdy ostatni raz rozmawialiśmy płakał... Wiem, że nie chciał umierać i nie rozumiem, czemu on skoczył...
- Skoczył, by cię ochronić. Musiał ochronić ciebie i innych ludzi. Gdyby on nie skoczył zginęliby ludzie...
- O czym ty mówisz?
- Moriarty wszystko zaplanował. Jakiś czas przed śmiercią zatrudnił trzech snajperów, którzy mieli zabić ciebie, Lestrade'a i panią Hudson, gdyby on nie skoczył. Zrobił to, co zrobił, bo mu na tobie zależało.
- Skąd o tym wiesz?
- Gdy był na dachu pisaliśmy ze sobą. Poinformował mnie o tym, czemu to robi.
- Nie wiedziałem, że on był aż takim egoistą! Jak mógł mnie zostawić samego na tym okropnym świecie? Mógł nie skakać... Wołałbym zginąć, niż żyć tak, jak żyję teraz...
- Nie rób niczego głupiego, John - powiedział Sherlock. - Błagam cię ... On by tego nie chciał... Uszanuj to.
- Skąd możesz wiedzieć, co on by chciał, a czego nie? 
- To mój brat, dobrze go znam! Dbaj o siebie John ... Pa!
- Pa...? Ty nigdy nie mówisz "pa"! Jesteś przecież jednoosobowym brytyjskim rządem!
- Jestem już po pracy - Sherlock próbował wybrnąć z tej trochę dla niego niezręcznej sytuacji. John miał rację, Mycroft nigdy nie mówił do nikogo "pa" poza rodziną.- Spędzam  teraz czas z rodzicami. Potrzebują mnie. Stracili w końcu dziecko. Przy nich nie jestem jednoosobowym rządem, tylko ich synkiem.
- Rozumiem ... - powiedział John. - Zadzwoń do mnie później w sprawie terapeutki...
- Dobrze - odpowiedział Sherlock. - Pa!
- Pa...
- Dobrze się bawisz? - zapytał Mycroft podchodząc do młodszego brata.
- Tak! A zabawa dopiero się zaczyna - odpowiedział detektyw i roześmiał się. Następnie spoważniał.- Biedny John, on jest naprawdę smutny... Znasz jakąś naprawdę dobrą terapeutkę? 
- Zaraz ktoś się znajdzie.


- Lily 

Harry, Ginny i Teddy

Pewnego dnia, kilka miesięcy po Bitwie o Hogwart Harry i Ginny postanowili odwiedzić Teddy’ego. Udali się do domu Andromedy. Wyglądała okropnie. Miała zapuchnięte oczy i była przeraźliwie blada.
- Wejdźcie – powiedziała bezbarwnym głosem i wpuściła ich do domu.
Harry i Ginny weszli do domu i usłyszeli ogłuszający płacz Teddy’ego.
- Babcia już idzie! – krzyknęła Andromeda, a następnie zwróciła się do Harry’ego i Ginny – on ciągle płacze. Przez cały czas. Próbowałam już wszystkiego.
- Proszę sobie usiąść i odpocząć – powiedział Harry. – My się nim zajmiemy.
- Jesteście pewni, że tego chcecie? – zapytała Andromeda z powątpiewaniem w głosie.
- Tak – odpowiedziała Ginny.
Harry i Ginny weszli do pokoju w którym był Teddy. Siedział on w kojcu i płakał. Uspokoił się jednak, jak tylko ich zauważył. Obserwował ich z zaciekawieniem, a jego włosy zmieniły kolor  - z rudych stały się niebieskie. Harry podszedł do kojca i wziął chrześniaka na ręce.  Chodził z nim po pokoju i pokazywał mu różne przedmioty codziennego użytku, a on oglądał je z wyraźnym zaciekawieniem i cicho gaworzył.  Uwagę Harry’ego przykuło magiczne zdjęcie stojące na półce w rogu pokoju. Podszedł do niej, żeby przyjrzeć mu się dokładnie.  Byli na nim Huncwoci razem z Lily i Andromedą, która trzymała na rękach małą Nimfadorę.
- Są tu nasi rodzice i mój ojciec chrzestny – powiedział do chłopczyka.  – A teraz ich już nie ma… Szkoda, polubiłbyś ich…
 Ginny podeszła do Harry’ego i położyła mu dłoń na ramieniu. Od czasu gdy zginął Fred wiedziała co Harry czuł przez ten cały czas. Harry kontynuował swój wywód.
- Gdybym zginął będąc dzieckiem oni wszyscy by teraz prawdopodobnie żyli. Gdyby mojego taty nie było wtedy w domu, a moja mama nie poświęciłaby siebie dla mnie. Gdybym zwyczajnie umarł moi rodzice mieliby kolejne dziecko i byliby szczęśliwi. Syriusz nie trafiłby do więzienia, bo oni by znali prawdę i obroniliby go. Nie zostałby zabity, bo nigdy nie musiałby być w departamencie tajemnic. Twoi rodzice też by żyli, bo nie byłoby bitwy o Hogwart i nikt nie musiałby ginąć za mnie…
- To nie jest twoja wina, Harry – powiedziała stanowczo Ginny. – Nie wolno ci tak mówić. Oni wszyscy nie zginęli przez ciebie, tylko dla ciebie.  To jest zasadnicza różnica. To Voldemort i jego poplecznicy zabili tych wszystkich ludzi, a nie ty!
Harry i Ginny usiedli na kanapie. Ginny wzięła od Harry’ego niemowlę i posadziła je sobie na kolanach.
- Posłuchaj mnie dobrze, Harry – powiedziała Ginny. – Gdybyś umarł będąc dzieckiem lub nigdy się nie narodził, to nie poznałabym ciebie. Jesteś miłością mojego życia i doskonale o tym wiesz. Nigdy bym się nie zakochała i nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak bardzo beznadziejne byłoby moje życie.  Oprócz mnie kocha cię jeszcze mnóstwo osób. Gdyby nie ty ich życie nie byłoby takie barwne i wspaniałe. Nie wolno ci się obwiniać za to, że  nie byłeś w stanie uratować niektórych ludzi. Gdyby chcieli, to załatwiliby to wszystko tak, żeby teraz żyć, ale oni woleli zginąć niż żyć w takich czasach, jak te, które nastały jak Voldemort był u władzy. Oni zginęli po to, żeby inni mogli mieć lepsze życie. Musisz to uszanować. Wiem, że to boli i nie jest to łatwe, ale oni teraz są szczęśliwi, gdziekolwiek teraz są. Tęsknią za rodziną i jest im przykro, że nie mogą z nią być, ale odeszli w poczuciu spełnienia…
- Kocham cię, Ginny – powiedział Harry- ale są rzeczy, których nie jesteś w stanie zrozumieć. Nie masz pojęcia jak to jest być mną … Z resztą nieważne. Powrócimy kiedyś do tej rozmowy, a teraz musimy zajmować się dzieckiem.
                Teddy zaczął płakać, a Ginny oddała go Harry’emu i wstała z kanapy. Podeszła do półki, na której były zabawki, wzięła kilka z nich i podała je maluchowi.
- Dobrze. Wrócimy kiedyś do tej rozmowy – powiedziała.
Teddy patrzył z wyraźnym zaciekawieniem na dwie plastikowe piłeczki i pluszową małpkę. Piłeczki wziął do rączek, a małpkę zrzucił na podłogę.  Zaczął oglądać piłeczki od każdej strony. Jedna była zielona, a druga czerwona. Po chwili namysłu wziął zieloną piłeczkę do buzi, ale szybko ją z niej wyjął – widocznie mu nie smakowała. Harry i Ginny w ciszy patrzyli na dziecko. Byli bardzo skupieni na obserwowaniu jego zabawy i reakcji na różne czynniki. Po pewnym czasie trochę ich to znudziło, więc Ginny zabrała Teddy’emu jedną z piłeczek  i poszła z nią na drugi koniec pokoju, a następnie rzuciła ją do Harry’ego. Harry ją złapał i rzucił do Ginny.  Ginny ją złapała, a Teddy, który uważnie obserwował ich „grę” zaśmiał się. Harry złapał piłeczkę, którą rzuciła mu Ginny, a Teddy wybuchnął śmiechem.  Jego śmiech był bardzo zaraźliwy, więc Harry i Ginny też zaczęli się śmiać. Rzucali do siebie piłeczką i się śmiali. Jednak najbardziej z nich śmiał się Teddy. Dostał prawdziwej głupawki. Kilka razy prawie ze śmiechu spadł Harry’emu z kolan, ale jego uważny  i szybki ojciec chrzestny za każdym razem go łapał.  Nagle do pokoju weszła Andromeda.
- Co tu się dzieje? – zapytała.
Harry i Ginny kilkakrotnie próbowali jej odpowiedzieć, ale za każdym razem, gdy zaczynali mówić Teddy wybuchał śmiechem, a oni razem z nim. W końcu Andromeda też zaczęła się śmiać. Zrobiła to raz pierwszy od śmierci jej córki.
                Gdy w końcu wszyscy się uspokoili, Harry i Ginny postanowili nakarmić Teddy’ego deserkiem bananowym. Na początku nie wychodziło im to wcale, bo Teddy nadal od czasu do czasu zaczynał się śmiać. Jednak jak już się całkowicie uspokoił ta czynność stała się łatwiejsza, wręcz banalnie prosta i Wybraniec oraz jego dziewczyna bez najmniejszego problemu sobie z nią poradzili.

                Potem pomogli Andromedzie wykąpać jej wnuczka i go przebrać,  a następnie położyli go spać. Jak zasnął pożegnali się z Andromedą, obiecali jej, że niedługo ją odwiedzą, a następnie poszli do Harry’ego. Po drodze zaszli do sklepu z zabawkami i kupili kilka pluszowych zabawek dla  Teddy’ego, żeby miał się zawsze czym bawić.  Bardzo spodobało im się zajmowaniem Teddym i obiecali sobie, że będą się nim opiekować prawie codziennie. Ustalili też, że niebawem zaproszą Andromedę na obiad, żeby mogła chociaż na chwilę wyjść z domu.  Poza tym postanowili w najbliższym czasie wyjść z Teddym na spacer i pokazać mu piękny las, który jest koło jego rodzinnego domu.



- Lily

Let's play deductions!

Zagrajmy w dedukcję!

- Zagrajmy w dedukcję! – powiedział Sherlock.
- W autobusie? – zdziwił się Mycroft. – Nie.
Sherlock i Mycroft  jechali właśnie do szkoły.  Sherlock był w czwartej klasie podstawówki, a Mycroft chodził już do średniej szkoły.
- Dlaczego nie?
- Bo już wysiadamy.
Autobus zatrzymał się na przystanku, a bracia Holmes wysiedli z niego.
- A teraz zagramy? – zapytał młodszy z braci.
- Nie. Teraz nie ma czasu, braciszku. Musimy się pospieszyć, bo zaraz będzie dzwonek.
- Ja nie chcę iść do szkoły – powiedział smutnym głosem młodszy z braci.- Nikt mnie tam nie lubi.
- Teraz może być inaczej. Zmieniasz szkołę!
- To nic nie zmienia. Nikt mnie nie zrozumie.
- Bo jesteś geniuszem – Mycroft zmierzwił bratu włosy. – Są dla ciebie za tępi, braciszku. Jak będziesz grzeczny i będziesz ładnie chodził do szkoły, to postaram się namówić rodziców na psa.
- Naprawdę?
- Tak, szkrabie.
Sherlock przytulił się do brata, a ten trochę zdziwiony tym nagłym okazaniem mu uczucia poklepał go po plecach. Weszli razem do szkoły, która mieściła się na wielkim wzgórzu za którym był las i wspaniała polana na którą uczniowie  czasami udawali się po lekcjach na pikniki. Mycroft odprowadził Sherlocka pod salę, a następnie udał się w stronę części szkoły przeznaczonej dla uczniów szkoły średniej. Jak tylko Mycroft zostawił Sherlocka, ten usiadł na ławce i zaczął uważnie obserwować swoją nową klasę. Po dwóch minutach już wiedział mniej więcej kto jaki jest z charakteru, skąd pochodzi, czy jest bogaty, przeciętny, czy biedny i czy jest lubiany, czy też nie.
                Nagle zadzwonił dzwonek. Sherlock wraz ze swoją nową klasą wszedł do sali od matematyki. Wszyscy usiedli na swoich miejscach. Sherlock rozejrzał się po sali. Wszystkie miejsca były zajęte oprócz jednego, w ostatniej ławce, koło rudowłosej dziewczynki. Wiedział, że nie jest ona zbytnio lubiana i trzyma się na uboczu. Miała również dziwny gust jeśli chodzi o ubiór i nie była zbytnio bogata. Sherlockowi bardzo odpowiadało to, że będzie musiał koło niej siedzieć, więc udał się pospiesznie na swoje nowe miejsce. Cieszył go fakt, że skoro ta dziewczynka nie jest lubiana, to pewnie nie będzie starała się z nim zaprzyjaźnić. Nie wiedział nawet, jak bardzo się mylił…
- Cześć, jestem Molly – powiedziała dziewczynka.
- A ja William Sherlock Holmes, ale mów mi Sherlock – odpowiedział młody mistrz dedukcji rozpakowując się i nawet na nią nie patrząc.
Lekcja zleciała mu szybko.  Zrobił wszystkie zadania prawie dwa razy szybciej niż inni i obserwował. Pomógł też Molly w kilku przykładach, bo nie mógł ścierpieć tego, że ktoś nie rozumie matematyki, która była dla niego logiczna i banalna.
Następną lekcją był język angielski i była to dla Sherlocka męczarnia. Musieli pisać opowiadanie twórcze. Sherlock miał ścisły umysł i miał duże problemy z twórczym myśleniem. Wyjątkiem było komponowanie muzyki, które pomagało mu się zrelaksować. Sherlock od siódmego roku życia uczył się grać na skrzypcach i szybko został w tym mistrzem. Teraz pomimo swojego młodego wieku już czasem komponował. Po angielskim była przyroda. Nauczycielka szybko zauważyła, że Sherlock jest bardzo bystrym i mądrym chłopcem.  Następny był w-f. Sherlock był bardzo wysportowany i świetnie sobie radził.  Ostatnią lekcją był język francuski.  Młody Holmes szybko zrozumiał podstawowe zasady gramatyki tego języka i przyswoił sobie kilka nowych słówek.
Po skończonych lekcjach Sherlock poszedł na obiad. Usiadł przy stoliku w kącie stołówki. Po kilku minutach dosiadła się do niego Molly.
- Jak ci się u nas podoba? – zapytała.
- Może być.
- Z tego, co zauważyłam, jesteś geniuszem – powiedziała.
- Może i jestem, ale nigdy nie będę tak mądry jak mój brat. Muszę już lecieć – odpowiedział młody Holmes nie zaszczycając nawet Molly spojrzeniem. – Pa.
Wyszedł ze stołówki, nie posprzątawszy po sobie. Wychodząc nawet nie obejrzał się za siebie. Udał się w stronę wyjścia ze szkoły, a następnie poszedł na przystanek autobusowy i wrócił autobusem do domu.
Miesiąc później Sherlock wrócił wykończony do domu. Męczyli go ludzie, ciągły hałas i to, że ciągle ktoś próbował się z nim zaprzyjaźnić. William Sherlock Holmes nie szukał przyjaciół. Był typem samotnika, geniusza i socjopaty. Taki człowiek nie pragnął poznawać nowych ludzi.
- Wróciłem! – krzyknął wchodząc do domu.
Nikt mu nie odpowiedział.
- Mamo?! Tato?! Mycroft?! Jest tu ktokolwiek?!
Cisza. Brak odpowiedzi. Sherlock zdjął buty i okrycie wierzchnie. Nagle drzwi za jego plecami się otworzyły. Chłopiec odwrócił się i zobaczył kundla o rudej sierści.  Pies do niego podszedł, a on pogłaskał go.  Kundelek polizał go po twarzy, a Sherlock roześmiał się.
- Podoba ci się? – zapytał pan Holmes wchodząc razem z żoną i starszym synem do domu. – Wreszcie ktoś się nim zaopiekował. W schronisku miał okropne warunki.
- Jest wspaniały! – odpowiedział radośnie chłopiec.- Dziękuję!
Podszedł do ojca i przytulił się do niego, następnie pocałował mamę w policzek.
- Dzięki, Mycroft – powiedział i szeroko uśmiechnął się do starszego brata.
- Nie ma za co, braciszku – Mycroft zmierzwił mu włosy.- Jak go nazwiesz?
- Rudobrody.
Kilka lat później Rudobrody ciężko zachorował i został uśpiony. Dla Sherlocka to był cios. Zaczął palić papierosy i brać narkotyki.  Został nawet dilerem. Mycroft wielokrotnie próbował go zaciągnąć na odwyk, ale jego starania były bezskuteczne. Sherlock zawsze uciekał.
Pewnego dnia Mycroft postanowił sięgnąć po ostateczny środek. Zaalarmował policję i namówił ją do aresztowania Sherlocka, a następnie skierowania go na odwyk. Pomimo swojego bardzo młodego wieku Mycroft był bardzo wpływowym człowiekiem, dzięki jego niebywałym zdolnościom.  Gdy tylko Sherlock zorientował się, że policja jest w jego szkole postanowił z niej uciec. Nie miał tylko pojęcia gdzie.  Z pomocą przyszła mu Molly. Udali się do lasu, na którego skraju mieszkała Molly. Nie mogli jednak pójść do jej domu, bo byli tam jej rodzice, którzy z pewnością wydaliby Sherlocka policji. Usiedli więc na polanie.
- Wiem, że oni cię szukają – powiedziała Molly. – Musisz się przyznać, do zarzuconego ci czynu.
- Wiem – odpowiedział Sherlock – ale chcę najpierw mile spędzić ostatnią godzinę mojej wolności. Z tobą.
Nagle stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Pocałowali się.
- Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć – powiedziała Molly, jak już otrząsnęła się z szoku.
- Będę pamiętał. Zauważyłaś już na pewno, że mam niezłą pamięć.
- No jasne.
- Zagrajmy w pokera – oświadczył nagle Sherlock.
Wyciągnął karty z plecaka, potasował i rozdał.
                Równo godzinę później Molly i Sherlock zobaczyli, że ktoś się do nich zbliża. Był to Mycroft. Szedł po Sherlocka.
- Twój czas minął, braciszku – powiedział Mycroft podchodząc do brata.
- Wiem.
- Pójdziesz ze mną.
- Dobrze.
Sherlock pocałował Molly w policzek na pożegnanie i poszedł razem z bratem w stronę szkoły.
- Zaraz policja cię aresztuje – powiedział Mycroft.
- Jestem tego świadomy.
 - Wylądujesz w areszcie.
- Nie na długo.
- Wiem. Wyciągnę cię z niego. Jeśli tylko spróbujesz uciec, pozwolę Wymiarowi Sprawiedliwości się tobą zająć, zrozumiano?
- Tak.
- Posłuchaj mnie, braciszku. Wiem, że utrata psa, czyli jedynej istoty, którą darzyłeś miłością zraniła cię, ale przegiąłeś. Palenie jestem w stanie zrozumieć, narkotyki ewentualnie też, ale musiałeś zostawać od razu dilerem?! Rodzice są zdruzgotani!
- Przykro mi – powiedział Sherlock bezbarwnym głosem.
- Pokrzyżowałeś im plany.
- Trudno.
-  Rozumiem, że jesteś aspołecznym geniuszem na haju, ale rodzice cię kochają i się o ciebie martwią!
- Mam to gdzieś.
- Wcale nie.
- A właśnie, że tak! – wrzasnął Sherlock.
Sherlock i Mycroft weszli do szkoły. Podszedł do nich funkcjonariusz i skuł Sherlocka kajdankami.

- Do zobaczenia, braciszku – powiedział Mycroft i wyszedł ze szkoły. 


- Lily.

Witajcie!

Witajcie! Znajdziecie na tym blogu multifandomowe opowiadania. Oprócz tego bloga prowadzę jeszcze 3 inne, a ten będzie ich połączeniem, żeby członkowie każdego fandomu mogli znaleźć coś dla siebie! Będę się podpisywała Lily ;)